"Kto ratuje jedno życie- ratuje cały świat"

30.05.2012

  Moja prababcia nazywa się Józefa Basiura z domu Klimasara. Urodziła się 2 listopada 1932 roku w Stryszawie. Mieszkała i wychowywała się w Stryszawie na osiedlu, które nosi nazwę „Za Miedzą ”  wraz z całą wielopokoleniową rodziną. Mieszkali tam rodzice prababci:Józef (ur.1907 r.-1977 r.) i Helena  Klimasara z domu Korzeń,  (1913 r.-1992 r.) wraz z nimi także rodzice Heleny, jak również brat Stanisław Korzeń i siostra Genowefa.

Prababcia pochodziła z rodziny wielodzietnej. Miała jedenaścioro rodzeństwa -5 sióstr i   6 braci. W czasie wojny urodzili się: Tadeusz w 1939 roku, Władysława w 1941 roku, Marian w 1934 roku, Stanisława w 1936 roku, Honorata w 1938 roku, Janina w 1943 roku. Pozostałe rodzeństwo urodziło się po wojnie.

        Prababcia  Józefa 2 listopada 1939 roku kończyła 7 lat. Rodzice zapisali ją do szkoły w Zawoi- Przysłop. Jednak pierwszego września 1939roku  prababcia nie rozpoczęła nauki w szkole. Pamięta ten dzień, kiedy tata pokazywał jej lecące niemieckie samoloty  i mówił ,że wojna się zaczęła. Wszyscy byli bardzo przerażeni. Martwili się, jak przeżyją. Szkołę podstawową ukończyła Józefa dopiero po wojnie. W czasie wojny jej rodzice zajmowali się pracą w gospodarstwie rolnym i wychowywaniem dzieci. Prababcia, jako najstarsza z dzieci, pomagała w pracach gospodarskich a zwłaszcza zajmowała się opieką nad młodszym rodzeństwem. Ich dom stał samotnie na zboczu góry, otoczony lasem. Rzadko bywali tu obcy ludzie, więc było to dość bezpieczne, zaciszne miejsce jak na tamte niepewne czasy.

         Pewnego razu, jak wspomina prababcia, wujek Stanisław Korzeń, który pracował w Kędzierzynie –Koźlu przyprowadził do domu młodą dziewczynę - Żydówkę. Miała ona na imię Jadzia. Trzeba było jej pomóc, ukrywając ją przez pewien czas. Wszyscy wiedzieli, co grozi za udzielenie pomocy. Byli jednak dobrymi ludźmi, kierującymi się miłością. Pokonali strach i pomogli dziewczynie. Jadzia pozostała z nimi do momentu, kiedy mogła być przeprowadzona przez granicę na południe, do Czech. W ciągu dnia dziewczyna wychodziła do pobliskiego lasu zwanego Gronikiem i tam ukrywała się wśród drzew i krzewów. Prababcia co dzień przynosiła jej posiłek. Na noc Jadzia wracała do domu i spała na posłaniu przygotowanym wśród snopów słomy w szopie nad piwnicą. Żydówka planowała dostać się na południe Europy, a potem do Ameryki. Tak umówiła się ze swoim narzeczonym. Obiecali sobie, że jeśli uda im się przeżyć wojnę, to spotkają się właśnie tam. Po kilku miesiącach nadszedł czas pożegnania Jadzi z polską rodziną. Dziewczynę poprowadził do Czech człowiek, który zajmował się handlem różnymi towarami i przemycaniem ludzi przez granicę. Mężczyzna ten był znany rodzinie prababci. Pożegnanie było dla wszystkich ogromnym przeżyciem, łzy lały się strumieniami. Jadzia została bezpiecznie przeprowadzona przez granicę. W niedługim czasie mężczyzna został rozstrzelany przez Niemców.

         Kilka lat po wojnie Jadzia przesłała paczkę zaadresowaną następująco: Korzec, Kozioł albo Korzeń Stanisław, Stryszawa. Przesyłka trafiła do adresata. Plany Jadzi i jej narzeczonego powiodły się. Przeżyła  wojnę, spotkała się ze swoim ukochanym i w Nowym Jorku spędziła  resztę życie. W latach 90-tych wraz z mężem  byli w Polsce i próbowali odnaleźć miejsca i ludzi, którzy im pomogli. Tamtego domu już nie było i żyli jeszcze tylko nieliczni świadkowie tamtych wydarzeń. Jadzia i jej mąż spotkali się z siostrą nieżyjącego już wówczas Stanisława Korzenia, Genowefą, która mieszkała w Suchej. Jak nam wiadomo, w chwili obecnej Jadzia już nie żyje, a jej piękna historia przetrwała dzięki wspomnieniom prababci przekazywanym z pokolenia na pokolenie.                                                              

         Dzień zakończenia wojny zapisał się w pamięci Józefy nielicznymi obrazami, takimi jak: zabity niemiecki żołnierz, popłoch i panika, zwłoki ludzi martwych, leżące konie na ziemi. Wszystko to zobaczyła w czasie pobytu ze swoją babcią w Suchej. Jak wspomina, bardzo się wtedy bała i czuła ogromny niepokój. Po wojnie prababcia wyszła za mąż za pradziadka Henryka i zamieszkała w Zawoi- Przysłop, gdzie mieszka do dziś.

        Na ziemiach polskich za jakąkolwiek pomoc Żydom, czy chodziło o udzielenie schronienia, czy podanie kromki chleba, groziła śmierć. Ratując Żydów, narażało się nie tylko siebie, ale całą swoją rodzinę. Wszystko to działo się w atmosferze terroru, w poczuciu skrajnego zagrożenia ze strony Niemców, mimo tysięcy polskich ofiar, masowych przesiedleń, łapanek ulicznych, pacyfikacji wsi, wysyłania do obozów koncentracyjnych i więzień. Do strachu przed Niemcami dochodziła obawa przed każdym świadkiem, który mógł okazać się  donosicielem lub szmalcownikiem. Często obawiano się własnych sąsiadów. Przemilczenie informacji o ukrywaniu Żydów traktowane było jako bierna pomoc i groziło co najmniej osadzeniem w obozie koncentracyjnym. Po zakończeniu II wojny światowej  organizacje żydowskie zajęły się badaniem materiałów dotyczących ratowania Żydów. Podjęto decyzję o  przyznaniu tytułu ,,Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” tym , którzy ukrywali lub w jakikolwiek sposób chronili Żydów .Sprawiedliwi otrzymują medal z napisem,, Kto ratuje jedno życie- ratuje cały świat”.

         Jednak wspomniany wcześniej Stanisław Korzeń nie został uhonorowany owym odznaczeniem. Mimo to, czyny, jakich podjął się on i jego rodzina, zasługują na naszą pamięć. W moich oczach oni wszyscy są bohaterami.

Mariola Świerkosz

Wróć

Dodaj komentarz

Komentował ANDRZEJ | 03.11.2016

Przeczytałem po latach o moim Ojcu .Czy jest możliwy kontakt z autorką,Andzej Korzeń