Historia jak każda inna, a jednak… - Kurier Stryszawski- pismo Babiogórskiego Stowarzyszenia Zielona Linia.

Historia jak każda inna, a jednak…

30.05.2012

Amicus – przyjaciele. To grupa młodych ludzi, których połączyła głównie pasja, czas i chęć śpiewania. Patrząc na nich widać niesamowitą mieszankę głosów, charakterów, temperamentów i styli. Z tej różnorodności udało się stworzyć zespół, jakże niezwykły. Hasło „śpiewać każdy może” idealnie wpasowało się w cele, jakie zadała sobie grupa. Bo żeby śpiewać trzeba przede wszystkim posiadać nie tylko talent, ale i zapał, bowiem tylko w ten sposób można dojść do wielkich rzeczy.

Jak powstali?!

Grupa Amicus została utworzona we wrześniu 2005 roku za sprawą 5 osób „pchniętych cudowna mocą do działania”. Jednak wszystkie początki bywają trudne. I nasz nie był łatwiejszy... Nasz repertuar nie był zbyt bogaty, a jedynym miejscem gdzie mogliśmy się spotykać była plebania przy kościele. Na pożyczonych instrumentach dopiero zaczynaliśmy się uczyć grać, a do śpiewania w grupie nie byliśmy dobrze przygotowani. Wszystko wymagało dopracowania. W tych niezbyt sprzyjających warunkach zaczęliśmy tworzyć. Pierwsze występy okazywały się fiaskiem, a „życzliwi” ludzie nie szczędzili słów krytyki dotyczących naszego grania i śpiewania. Oczywiście to co mówili, było szczere i  prawdziwe; wiedzieliśmy bowiem, że musimy dużo jeszcze pracować nad naszym warsztatem.

Jak się szybko okazało ten trudny początek okazał się wspaniałą współpracą. Do grupy zaczęły dołączać kolejne osoby z nowymi pomysłami. Tak! W tym byliśmy i nadal jesteśmy świetni! Pomysłów nigdy nie brakuje. Faktycznie tylko część z nich wykorzystujemy, bo reszta w praktyce ląduje w „koszu”. Nowe głosy pozwoliły nam też stworzyć ciekawe interpretacje niektórych pieśni. Pieśni, bo tak naprawdę od tego zaczęliśmy. Do końca nie byliśmy przekonani, że można śpiewać inny repertuar. Ponadto wierzyliśmy, że jeśli śpiewa się na chwałę Boga, to bez względu na to jaki był efekt, robiliśmy to po prostu z sercem. Po paru miesiącach grupa liczyła już ok. 15-stu osób. Największym wyzwaniem miały okazać się wówczas drogi krzyżowe, które pragnęliśmy upiększyć swoim śpiewem. Garstka ludzi będących na pierwszej drodze krzyżowej oczywiście nas nie zniechęciła. Przecież były następne! Szybko okazało się, że zwolenników było więcej. My również nie poprzestaliśmy na laurach. Wciąż dochodzące do nas nowe osoby dodawały nam większej pewności siebie. Zaczęliśmy częściej występować... Na mszach świętych, w dniu wszystkich Świętych prowadząc na cmentarzu różaniec, kolędując corocznie od domu do domu, głosząc bożonarodzeniową nowinę. Rozszerzyliśmy również nasz repertuar o wszelkiego rodzaju przyśpiewki góralskie i nie tylko, które często zaczęły nam towarzyszyć przy wspólnych wycieczkach, wyjazdach, czy chociażby spotkaniach towarzyskich.

Po trzech latach uważaliśmy, że nasz śpiew jest na tyle dobry, że możemy swoich sił spróbować w różnych konkursach. Pierwszy, w jakim uczestniczyliśmy, był konkurs Miłosierdzia Bożego w Chełmku. Tam startowaliśmy przez dwa lata (2008 i 2009). Problemem, na jaki wtedy napotkaliśmy był brak odpowiednich strojów… Wówczas nasze grupa liczyła ponad 20 osób (w tym 6 gitarzystów, 1 flecistka, 2 skrzypaczki). Nasze drogi krzyżowe były i chyba nadal są bardzo lubiane przez parafian i nie tylko. Może to i nie jest powód do zadowolenia, ale są też osoby, które przychodzą po prostu nas posłuchać i może chociaż na chwilę mogą w tym śpiewie odnaleźć spokój, wyciszenie czy wytchnienie od trosk codziennego życia.

W 2010 roku spróbowaliśmy wystąpić w kolejnym konkursie kolęd i pastorałek w Ślemieniu. Ten sam kolor bluzek niestety nie był oceniany w kategorii „najlepszy strój”. Udało nam się wtedy zdobyć trzecie miejsce. W 2011 roku pojechaliśmy jeszcze raz do Ślemienia. Tym razem każdy z osobna był ubrany w zupełnie coś innego, więc byliśmy przygotowani na porażkę, lecz w głębi serca każdy w grupie wierzył w sukces. Wiedzieliśmy, że nasza interpretacja kolęd była inna i naprawdę dobrze przygotowana. Chcieliśmy wygrać!

Tak. Tym razem się udało! Zdobyliśmy Grand Prix. I nie chodziło o zdobycie nagrody pieniężnej. Ten konkurs okazał się katharsis dla nas. Potrzebowaliśmy tej wygranej jako grupa, dla której ważna była w tym momencie tylko muzyka. Nie był oceniany nasz wygląd. Liczył się tylko śpiew, który okazał się najlepszy.

W działalności zespołu nie chodzi o osiągnięcie sukcesu, braw szerokiej publiczności, bowiem śpiewają nie dla siebie, a dla Jezusa. Zatem czym jest dla nich sukces: to raczej małe podziękowania, uśmiechy od innych ludzi i słowa, że są po prostu wyjątkowi.

Tak więc grupa trwa, śpiewa, tworzy. Oby tylko nie zabrakło im chęci i głosów, bo dzięki temu możemy cieszyć się ich obecnością w naszej miejscowości.

Muzyka łączy, Jezus łączy, wiara łączy.

Bernadeta Steczek

 

Wróć

Dodaj komentarz